Strona główna » Wiedza » Profilaktyka i leczenie » Dlaczego częściej chorujemy jesienią i zimą?

Dlaczego częściej chorujemy jesienią i zimą?

Na wstępie pisaliśmy, że zmiana pór roku to także zmiana diety. Na stołach rzadziej pojawiają się pełnowartościowe warzywa i owoce. Te, które możemy znaleźć w sklepie często są magazynowane przez długi czas, poddawane sztucznym procesom dojrzewania i przedłużania i „świeżości”. Problemem jest też ich przetwarzanie, transport z odległych części świata i co za tym idzie zubożanie o naturalne składniki. Mniej przebywamy na słońcu, więc nasze organizmy produkują także mniej witaminy D, która wzmacnia nasz system immunologiczny.

Można więc założyć, że jesteśmy nieco słabsi jeśli chodzi o obronę przed wirusami i bakteriami. Tylko dlaczego atakują one właśnie jesienią i zimą? Ano dlatego, że nie lubią wysokich temperatur i dobierają się one do nas gdy zrobi się chłodniej. Zbiega się to z omawianymi wcześniej niekorzystnymi zmianami i to połączenie sprawia, że mamy przekichane. Dosłownie.

Mamy to w nosie

Skupmy się na przeziębieniach. Często wrzucamy do jednego worka przeziębienie i grypę. Nie jest to jednak ten sam problem dla organizmu. Przeziębienia wywołuje cała masa wirusów. Naukowcy szacują, że jest ich około 200. Natomiast grypa, to sprawka wirusów grypy. Są ich 3 rodzaje, ale mają one różne szczepy, czyli coś w rodzaju mutacji (wirusy ewoluują, by pokonywać bariery stawiane przez organizm).

Przeziębienia najczęściej mamy w nosie. Tak, właśnie w nosie lokują się rinowirusy, które są odpowiedzialne za około połowę przeziębień. Gdy jest ciepło, te zarazki jedynie walczą o przetrwanie, wegetując w naszych drogach oddechowych. Nie mają dostatecznej siły, by przebić się przez nasze naturalne bariery odpornościowe.

Niestety nie da się ich całkiem wyeliminować, gdyż giną one w tak wysokiej temperaturze, że byłaby ona także śmiertelnie niebezpieczna dla człowieka.
Za to, gdy robi się zimno… No cóż, nie będziemy kłamać: sprawa wygląda dosyć słabo.

Wewnętrzny termostat

Gdy spada temperatura, naturalną reakcją organizmu jest obrona przed wychłodzeniem. Głowa podpowiada nam, żeby założyć kurtkę, szalik, czapkę, ciepłe buty. Właśnie po to, by nie marznąć. Jeśli już jednak do tego dojdzie, nasz organizm uruchamia cały proces ochrony, przed spadkiem temperatury organów wewnętrznych.

W tym miejscu warto więc poświęcić chwilkę, żeby wyjaśnić jak nasze ciało to w zasadzie robi. Otóż takim najłatwiejszym nośnikiem zimna jest krew. To ona przepływa w naszej skórze przez naczynia włosowate. W ten sposób regulujemy ciepłotę, tak, by stale oscylowała ona wokół 36,6 stopni. Gdy jest nam gorąco, organizm pompuje krew w kierunku skóry, by ją schłodzić, a w efekcie utrzymać odpowiednią ciepłotę organów.

Chłód sprzyja wirusom

Reakcją na spadek temperatury jest próba ograniczenia schładzania krwi. Pod wpływem chłodu naczynia włosowate skóry, błony śluzowej nosa i dróg oddechowych się obkurczają. W ten sposób mniej krwi może przez nie przepłynąć i mniej schłodzonego płynu trafi do wnętrza ciała. Łatwo to zaobserwować choćby na dłoniach, które pod wpływem zimna robią się bledsze. Z czasem mogą drętwieć, bo w mięśniach jest mniej krwi i energii do ich poruszania – dochodzi do miejscowego niedokrwienia. Taki proces zachodzi też w nabłonku nosa. Śluzówki wolniej pracują i nie są w stanie wystarczająco efektywnie usuwać wirusy.

Katastrofę dopełnia fakt, że zwężone naczynia krwionośne nie tylko nie przepuszczają wystarczającej ilości krwi, ale i komórek odpornościowych i innych substancji obronnych.
Do akcji wkraczają wtedy podstępne rinowirusy, które błyskawicznie zaczynają korzystać z okazji i mnożyć się w osłabionym układzie oddechowym. Proces postępuje szybko. Lekarze szacują że co druga, zainfekowana osoba ma objawy przeziębienia już następnego dnia. Najbardziej zaraża między 2 a 4 dniem choroby. Osoba, która chwilowo przegrywa walkę z wirusami nie tylko sama cierpi, ale jest jeszcze niebezpieczna dla otoczenia.

Do aresztu za infekcję

Gdybyśmy żyli w świecie rządzonym przez nadopiekuńczych lekarzy, to pewnie zaraz po wykryciu zakażenia zamykaliby oni chorych do aresztu. Przynajmniej domowego. Brzmi strasznie, ale coś w tym jest. Badania nie pozostawiają bowiem złudzeń, co do rozprzestrzeniania się chorób. Osoby przeziębione przenoszą wirusy także na innych, infekując otoczenie. Zaczyna się od najbliższych, w domu. Potem problem zaczyna się rozszerzać. Osoby chore często idą do pracy. Każde kichnięcie to wydalenie niepokojąco dużej liczby wirusów na zewnątrz. Z imponującą prędkością. Wirus może wówczas osiągnąć prędkość 160 km/godz i pokonać 50 metrów w sekundę. Najpopularniejszy nabój pistoletowy (Parabellum 9×19 mm) ma prędkość początkową pocisku wynoszącą ok. 350 m/s. Jak więc widać, wirus to taki wolniejszy pocisk. Jak trafi, może rozłożyć na łopatki nawet najsilniejszego człowieka.

W okresie zwiększonej liczby przeziębień, możemy być pod ostrzałem w wielu miejscach. Coraz częściej przebywamy w dużych skupiskach. W biurze wirusy zaczynają krążyć także dzięki klimatyzacji. Kichający lub kaszlący zasłonił nos i twarz dłonią? Jeśli szybko jej nie umył, to chwycił za klamkę, którą dotnie osoba jeszcze zdrowa.

Wygrać z infekcją

Z powyższego materiału wynika, że w walce z wirusami mamy naprawdę przekichane. Nie ma się jednak co poddawać! Możemy się zabezpieczyć na kilka sposobów.
Po pierwsze regularnie wzmacniać układ odpornościowy. Badania wykazują, ze regularnie stosowanie witaminy C poprawia funkcjonowanie naszego układu odpornościowego, a przyjmowanie dużych dawek w trakcie choroby może skrócić jej czas. Także cynk wpływa na skrócenie czasu choroby. Ważny jest także odpowiedni poziom metabolitów witaminy D. W sposób naturalny spada on, gdy słońca jest mniej (witamina D aktywowana jest w skórze pod wpływem promieni UV), dlatego warto rozważyć suplementację dobrej jakości preparatem.

Możemy także zahartować swój organizm. To stara ludowa metoda, ale ma uzasadnienie w faktach. Hartowanie polega na przyzwyczajanie organizmu do niższych temperatur i ich zmian. Wystawiając się regularnie i stopniowo na działanie chłodu przyzwyczajamy nasze naczynia włosowate do zmian temperatur, a nasz organizm uczy się odpowiednich reakcji obronnych.
Możemy także wzmacniać odporność organizmu oraz wpływać na czynności samonaprawcze poprzez stymulację odpowiednimi substancjami. Szczegółowo opiszemy to w oddzielnym tekście, ale cały ten proces nazywa się immunomodulacją. Takie działanie może mieć jeżówka, żeń-szeń, propolis oraz inne substancje, jak czosnek.
Ten ostatnio oprócz właściwości immunomodulacyjnych ma także działanie bakterio i wirusobójcze.

Jeśli już dopadnie Cię infekcja:

Nie lekceważ jej: idź do specjalisty
Pij dużo płynów, szczególnie podczas gorączki
Odpoczywaj i zbieraj siły w domu
Pamiętaj o cynku, czosnku, witaminie C
⇒ Nie wysuszaj śluzówki, dbaj o nawilżanie